ARGENTYNA

Rynsztokowy glam

Są książki o wykluczeniu, które proszą czytelnika o współczucie. Kurewny Camili Sosy Villady nie proszą o nic. Wpychają się do literatury na wysokich obcasach, z rozmazanym makijażem, bliznami po silikonie i językiem, który równie dobrze potrafi być modlitwą, bluzgiem i uliczną plotką. To powieść o przemocy i biedzie, ale przede wszystkim o tym, jak z tego, co społeczeństwo uznało za odpad, zbudować rodzinę, mit i własną formę piękna.

Po zmroku Park Sarmiento w argentyńskiej Córdobie przestaje być miejscem na romantyczne spacery. Wyłączają się miejskie latarnie, a zaczyna się polowanie. Samochody zwalniają przy krawężnikach, policyjne reflektory przeczesują krzaki, a grupa travesti czeka na klientów, czujnie omiatając otoczenie wzrokiem. Każda z nich doskonale wie, że ta noc może przynieść parę groszy na jedzenie, ale równie dobrze pobicie, komisariat albo cichą śmierć w zaroślach. Dlatego do parku nigdy nie wychodzi się w pojedynkę. Tutaj trzeba wiedzieć, gdzie stanąć, kiedy bezszelestnie zniknąć, komu zaufać, a kogo od razu spisać na straty. Do tego świata wrzucona zostaje młoda Camila, narratorka powieści. Za dnia grzecznie chodzi na uniwersytet, po zmroku zakłada wysokie obcasy i zarabia ciałem. Ale nie łudźmy się: to nie jest opowieść o dwóch osobnych życiach, o „grzecznej studentce” i „nocnej grzesznicy”. Uniwersytecka sala i ciemny park należą do tego samego miasta. Oficjalna Córdoba, ta pełna barokowych kościołów, uczelni i urzędów, doskonale wie o istnieniu tej drugiej Córdoby. A w tej drugiej ciała travesti są potajemnie pożądane i wynajmowane, publicznie zaś obrzucane błotem i zaszczuwane przez policję.

Samo słowo travesti wymaga zresztą małego sprostowania. W naszej części świata kojarzy się z kabaretem, przebierankami, sceniczną maskaradą czy karnawałem. W Argentynie to sprawa śmiertelnie poważna. To wywalczona na ulicy kobieca tożsamość osób, którym przy urodzeniu przypisano płeć męską, ale także nazwa szczególnego doświadczenia społecznego i politycznego.

Argentyńskie doświadczenie travesti lepi się z zupełnie innych materiałów: z biedy, wyrzucenia z domu w wieku kilkunastu lat, dziurawej edukacji, walki o przeżycie i policyjnych pałek. Słowo, które przez dziesięciolecia służyło do opluwania na ulicy, zostało przejęte przez aktywistki i artystki. Z obelgi zrobiono sztandar, polityczną broń i nazwę własnej wspólnoty.

I właśnie o tej wspólnocie są Kurewny (Camila Sosa Villada przeł. Maria Broda, Wydawnictwo Filtry, 2024),. Camila nie trafia w parku na grupę bezbronnych ofiar. Trafia na watahę. Na kobiety, które z odpadów i improwizacji stworzyły własny, podziemny system ratunkowy: ostrzegają się przed agresywnymi klientami, dzielą ostatnimi pieniędzmi na chleb, opatrują rany po pobiciach i przekazują sobie uliczną wiedzę o hormonach oraz substancjach wstrzykiwanych bez nadzoru lekarza. Potrafią być wobec siebie okrutne, potrafią się pobić i obgadać do kości, ale wiedzą też jedno: poza tą grupą nie przeżyją. Centrum tego uniwersum stanowi Ciotka Encarna, monumentalna matriarchini całej tej hałastry. W jej różowym domu można zjeść ciepły posiłek, przespać się bez strachu, wypłakać się i na chwilę zdjąć pancerz ciężkiego makijażu. Encarna zbiera z ulicy dziewczyny odrzucone przez rodziny biologiczne i lepi z nich nową formę pokrewieństwa. To rodzina hałaśliwa, brudna i daleka od obrazka z żurnala, ale oparta na czymś znacznie bardziej konkretnym niż wspólne nazwisko: na codziennej, bezkompromisowej trosce. Nie ma tu jednak ani grama taniego sentymentalizmu. W świecie Kurewien czułość nie sprawia, że przemoc nagle znika. Pozwala po prostu przeżyć jej kolejne uderzenie. Ta codzienna troska znaczy tu więcej niż najbardziej postępowa ustawa uchwalona w odległym parlamencie. Żeby nie zginąć, muszą same stać się instytucją. Od pierwszych stron widać, że nie dostaniemy tu klasycznej opowieści o samotnej bohaterce, która w trudach odnajduje swoją tożsamość. Jej prywatny głos natychmiast miesza się z opowieściami Encarny, Maríi, Natalí i Angie. Indywidualne „ja” ustępuje miejsca zbiorowemu „my”.

Okładka książki „Kurewny” Camili Sosy Villady w polskim przekładzie

Camila Sosa Villada zna ten świat bez pośredników. Przyjechała do Córdoby z prowincjonalnego La Falda, uciekając przed domem, w którym jej kobiecość oznaczała przemoc. Nie jest to jednak grzeczny pamiętnik z ulicy z podmienionymi imionami. Autorka nie traktuje własnej biografii jako materiału dowodowego, który należy przedłożyć sądowi czy czytelnikowi. Chętnie miesza fakt z legendą, realne postacie z fantastycznymi metamorfozami, autobiografię z plotką i bezczelnym zmyśleniem. Zanim jednak Sosa Villada weszła do literatury, zdobyła publiczną widzialność jako aktorka i performerka. Grała w teatrze i kinie, a na blogu La novia de Sandro pisała o sobie jako o narzeczonej argentyńskiego bożyszcza i lokalnego Elvisa. Ta ironiczna fantazja była rodzajem symbolicznego włamania: travesti rozgościła się u boku ikony tradycyjnego pożądania. W 2012 roku zagrała Ninę w serialu La viuda de Rafael, kobietę trans walczącą z konserwatywną rodziną zmarłego partnera o prawo do żałoby, pamięci i wspólnego majątku. Serial trafił na ekrany w tym samym roku, w którym Argentyna uchwaliła przełomową ustawę o tożsamości płciowej. Prawna zmiana i obecność Sosy Villady w telewizji zbiegły się więc w symbolicznym momencie: osoba trans przestawała być jedynie egzotyczną sensacją, tanim żartem czy bezimienną ofiarą z policyjnej kroniki. Wreszcie mogła pojawić się na ekranie jako bohaterka własnych pragnień i historii.

Wydane w 2019 roku Kurewny przenoszą ten głos do głównego nurtu. Powieść wjeżdża do literatury z ulicznym językiem, pracą seksualną, pękającym tynkiem makijażu, wulgarnością, czarnym humorem i prowizorycznym tuningiem ciała. Żadnego pudrowania syfu na pokaz. Książka stała się międzynarodowym wydarzeniem i zdobyła prestiżową Nagrodę Sor Juany Inés de la Cruz, przyznawaną pisarkom tworzącym po hiszpańsku. Trudno o pyszniejszą ironię: opowieść o nocnych pracownicach seksualnych trafiła pod patronat siedemnastowiecznej meksykańskiej zakonnicy i poetki.

Najłatwiej byłoby przylepić Kurewnom łatkę „realizmu magicznego” i uznać sprawę za załatwioną. W końcu jesteśmy w Ameryce Łacińskiej, a w książce dzieją się rzeczy, od których trzeźwy urzędnik dostałby udaru: Ciotka Encarna ma niemal dwieście lat, kobiety przybierają zwierzęce postacie, a ulica żyje własną, czarną magią. Tyle że Sosa Villada nie odgrzewa starych kotletów po Gabrielu Garcíi Márquezie. Używa elementów cudowności w całkiem innym celu. W najbardziej znanych powieściach tego nurtu niesamowitość często służyła do opisywania wielkich rodów i historii całych narodów. Tutaj cud zostaje wypędzony z rodowej posiadłości i wciśnięty do różowego domu pełnego pracownic seksualnych. Zamiast pułkowników dostajemy przypadkową sieć przybranych sióstr, matek i porzuconych dzieci.

Trzy travesti w karnawałowych, obszytych piórami strojach pozują na ulicy

Te wahania między rzeczywistością a przesadą widać także w samym języku. Powieść miesza wulgarność z liryką. Jedno zdanie pachnie tanią perfumerią, potem i rynsztokiem, drugie brzmi jak wyrafinowana modlitwa za zmarłą siostrę. W ten sposób autorka rozbija oczekiwania. Czytelnicy przyzwyczajeni do opowieści o wykluczeniu lubią, gdy ich bohaterowie cierpią ładnie, godnie i pouczająco. Tak, by można było poczuć szlachetne wzruszenie. Sosa Villada nie daje tej satysfakcji. Jej bohaterki bywają zazdrosne, śmieszne, okrutne i czułe jednocześnie. Dlatego pojęcie potworności zmienia tu znaczenie. Potworne nie są ciała lepione z hormonów i marzeń, tylko porządek społeczny, który zmusza je do układania życia ze śmieci. Literatura daje im to, czego odmawia urzędowa rzeczywistość: możliwość pozostawienia po sobie mitu.

Zdjęcie główne artykułu: Własność Vanesy Sander, seria „Praca Seksualna”, 1984. https://archivotrans.ar/index.php/catalogo/unidad/1940

Zdjęcie z cytatem: Własność Claudii Píi Baudracco, seria „Karnawał”, 1992. https://archivotrans.ar/index.php/catalogo/unidad/2332

Zdjęcie w artykule: Norma Giraldi „La Correcaminos”, seria „Karnawał”, 1991. https://archivotrans.ar/index.php/catalogo/unidad/1626

Hiszpańskie Las malas oznacza po prostu „złe” albo „niegodziwe”. Polski tytuł robi z tym coś znacznie ciekawszego: Kurewny łączą „kurwy” i „krewne”, a gdzieś w tle pobrzmiewają jeszcze „królewny”. W jednym słowie spotykają się więc obelga, pokrewieństwo i baśń. Dokładnie tak działa cała książka. Dla miasta bohaterki są kurwami, dla siebie nawzajem są rodziną, a we własnej opowieści — królewnami po przejściach, wiedźmami, bestiami i świętymi. Sosa Villada nie zamierza udowadniać, że zasługują na współczucie. Odwraca oskarżenie. To nie one są „złe”, tylko świat, który najpierw wyrzuca je z domu, szkoły i pracy, potem spycha do parków, hoteli i komisariatów, a na końcu z niesmakiem wytyka im błoto na butach. „Kurewny” odpowiadają mu językiem równie brudnym, przesadzonym i bezwstydnym jak życie, które próbowano zepchnąć w kąt. Tutaj nie ma grzecznego marszu od krzywdy do akceptacji. Bohaterki nie proszą już o miejsce na marginesie. Rozsiadają się na nim, nadają mu własne imię i robią z niego centrum świata. A skoro normalność tak bardzo boi się ich widoku, tym gorzej dla normalności.