O czym mówię, kiedy mówię o boomie

Literatura Ameryki Łacińskiej od połowy XX wieku kojarzona jest, także w Polsce, przede wszystkim ze specyficznym fenomenem rynku wydawniczego, czyli tak zwanym boomem latynoamerykańskim. Chodzi o nagły wzrost liczby wydanych egzemplarzy oraz sprzedaży powieści autorów latynoskich, przede wszystkim w Europie i w Stanach Zjednoczonych, na niespotykaną do tamtego momentu skalę. Do Polski boom dotarł za sprawą serii Proza Iberoamerykańska, wydawanej przez Wydawnictwo Literackie w latach 70. XX wieku. Wydano wtedy zarówno czołowych przedstawicieli boomu – Julio Cortázara, Gabriela Garcíę Márqueza czy Mario Vargasa Llosę – jak i mniej znanych autorów, takich jak Alejo Carpentiera czy Horacio Quirogę. Za pomocą tej literatury, kontynent latynoamerykański zaczął nabierać konkretnych kształtów w świadomości polskich czytelników. Choć Ameryka Łacińska zmieniła się, naszkicowany w tamtych latach obraz LatAmu do dziś jest żywy. Na pytanie o literaturę tego regionu wciąż najczęstszą odpowiedzią jest realizm magiczny – termin niemalże wymiennie używany z boomem.

To zarazem zła i dobra odpowiedź. Bez wątpienia realizm magiczny był kluczowym elementem przedstawiania rzeczywistości – odległej, niezrozumiałej, trochę zapomnianej – w części powstałych wtedy powieści. A szczególnie dla jednej, która osiągnęła nieprawdopodobną wręcz popularność i szybko przebiła się do mainstreamu, w którym pozostaje do dziś, czyli dla Stu lat samotności Gabriela Garcii Márqueza. To właśnie późniejszy noblista wyniósł tę estetykę na piedestał i najpełniej ją wykorzystywał, opisując dzieje kolejnych pokoleń rodziny Buendía na tle rozwoju ukrytego w tropikalnym lesie miasteczka Macondo, położonego w dorzeczu Magdaleny. To właśnie tam dzieją się rzeczy nadprzyrodzone: lewitacja po wypiciu szklanki gorącej czekolady czy powracający z zaświatów zmarli, którzy nie potrafili pogodzić się z samotnością. W żadnym z bohaterów książki nie wywołuje to zdziwienia – taki jest po prostu stan rzeczy w Macondo. Prawdziwą magią, natomiast, okazuje się bryła lodu, podobnie jak osiągnięcia techniki czy alchemii przywożone przez grupę Cyganów1 Melquiadesa. Pierwsze zdanie powieści – najczęściej zresztą cytowane pierwsze zdanie w historii literatury latynoamerykańskiej – dotyczy pułkownika Aureliano Buendii, który wspomina dzień, gdy ojciec zabrał go, by zobaczył lód. To, co dla nas jest oczywistym stanem natury czy osiągnięciem nauki dla bohaterów książki jest czymś magicznym i zdumiewającym. Z kolei to, co czytelnikowi wydaje się nadprzyrodzone i niemożliwe do wyjaśnienia prawami fizyki czy chemii, jest dla nich codziennością. W realizmie magicznym magiczność jest wyłącznie określeniem pewnego rodzaju zdarzeń, a nie oceną ich realności. Dla mieszkańców Macondo zapowiedziana na początku powieści klątwa rodziny Buendía o dziecku z ogonem prosięcia, zrodzonym z kazirodczej niepohamowanej pasji, jest realnym zagrożeniem. Magia jest rzeczywistością i faktem, a nie perspektywą czy punktem widzenia.

Nowatorska wówczas inwersja nie jest po prostu wymyślonym przez kolumbijskiego autora zabiegiem literackim, który ma zaciekawić czytelnika. To próba opisania rzeczywistości przeżywanej przez kolumbijskie społeczeństwo, a historia Macondo jest nierozerwalnie spleciona z historią Kolumbii. Kompania bananowa przedstawiona w powieści i odpowiedzialna za masakrę robotników w miasteczku to nic innego jak United Fruit Company - amerykańska korporacja, o której wystarczy powiedzieć tyle, że stworzyła prototyp neokolonialnych praktyk oraz trwającej do dzisiaj formy wyzysku krajów Globalnego Południa. Tak zwana „bananowa masakra” wydarzyła się naprawdę i miała miejsce w 1928 roku w mieście Ciénaga. García Márquez rzuca wyzwanie oficjalnej wersji historii, w której całą sprawę próbuje się zatuszować, by nie wyszedł na jaw proceder podporządkowania kraju kapitałowi płynącemu zza oceanu. Osadzenie tego tragicznego dla Kolumbii zdarzenia w przestrzeni fikcji sprawia, że zyskuje ono nowy wymiar. Literatura staje się medium, za pomocą którego opowiada się prawdę. Realizm magiczny nie był dla Garcii Márqueza tym samym, czym jest dla nas. Był sposobem przedstawiania rzeczywistości, niekiedy brutalnej i pełnej przemocy, oraz świadectwem życia ludzi wymazanych z oficjalnej historii kraju i kontynentu. Jednak przedstawienie świata przez pryzmat realizmu magicznego doprowadziło do „macondyzacji” nie tylko Kolumbii, ale całej Ameryki Łacińskiej. Na fali boomowej obsesji ten rozległy i różnorodny kontynent został sprowadzony do homogenicznej wizji, której treścią stały się niewytłumaczalne zdarzenia, erotyzm i dżungla. Wizji bardzo atrakcyjnej z punktu widzenia zmęczonej racjonalizmem Europy i pragmatycznych Stanów Zjednoczonych.

Trzeba także zauważyć, że Sto lat samotności nie należy do najłatwiejszych lektur. Powtarzające się w każdym pokoleniu imiona bohaterów utrudniają identyfikację z konkretną postacią czy momentem rozwoju historii, dając czytelnikowi uczucie kręcenia się w kółko. Z rynkowego punktu widzenia warto zwrócić uwagę na to, że pomimo trudności, z jakimi osoby czytelnicze mogą się zderzyć, powieści te zostały bestsellerami. W epoce dążenia do standaryzacji i homogenizacji, których jednym z głównych narzędzi stało się AI, oraz upraszczania odbioru tekstów kultury, popularność tak skomplikowanych tekstów stanowi swego rodzaju kuriozum. Czytelnicy na całym świecie pokochali jeszcze jeden element charakterystyczny dla literatury boomu: koncepcję powieści jako labiryntu, zagadki do rozwiązania czy puzzli do ułożenia, angażującą czytelnika w jej rozwiązanie. Proces czytania przestaje być pasywny, a czytelnik staje się aktywnym uczestnikiem odkrywania tego, co można wydobyć z danego tekstu. Weźmy choćby Grę w klasy Julio Cortázara, gdzie już na wstępie musimy podjąć decyzję, w jakiej kolejności przeczytamy rozdziały powieści. Niektóre z nich zostały oznaczone jako „zbędne”, niektóre urywają się w połowie albo zaczynają w środku konwersacji. Struktura powieści odpowiada tytułowej grze w klasy: pozwala nam przeskakiwać między częściami i znaleźć najlepszą drogę do celu, czyli osiągnięcia „nieba”. Ten sam cel przyświeca Oliveirze, głównemu bohaterowi powieści, który ze skrawków przeżywanych doświadczeń chce odnaleźć to najprawdziwsze i niepowtarzalne, to „coś” ukryte w rzeczywistości, życie samo w sobie, heideggerowskie Dasein. Uosobieniem tej prawdziwej żywotności jest Maga (nie bez znaczenia jest też imię, wymyślone dla niej przez Horacia, które w języku hiszpańskim oznacza „magiczkę, czarodziejkę”), kochanka Oliveiry, która „pływa w rzekach metafizycznych”, podczas gdy on sam jest zdolny jedynie do obserwowania ich z oddali. Jak w prawdziwych historiach romantycznych Oliveira zdaje sobie sprawę z istotności Magi dopiero, gdy ją traci. Od tego momentu wszystko, co robi, podporządkowane jest odnalezieniu choćby najmniejszego śladu prowadzącego do niej. Czy odnajdzie Magę? To pytanie jest jednocześnie pierwszym zdaniem powieści i zapowiada jej główny wątek: Maga jest kluczem do zrozumienia świata.

Realizm magiczny jako literacki pejzaż LatAmu i nadanie powieści formy zagadki wytworzyły poczucie, że rzeczywistości latynoamerykańskiej, ze względu na jej specyficzny i wyjątkowy charakter, nie da się opisać inaczej niż za pomocą szyfru. W konsekwencji łatka fantastyczności i skłonności do niemimetycznego przedstawiania świata została przyklejona literaturze latynoamerykańskiej aż do początku XXI wieku. Postboomowi pisarze lat 80. i 90. musieli skonfrontować się z tym skrystalizowanym przez rynek obrazem LatAmu, jak również z bardzo konkretnymi oczekiwaniami czytelników i czytelniczek. Jeśli nie Macondo ani poszukiwanie utraconej kochanki, to przynajmniej totalna wizja systemowej przemocy, obejmująca wszystkie warstwy społeczne i ukazana poprzez polifonię ich głosów, jak w Rozmowie w Katedrze peruwiańskiego noblisty Mario Vargasa Llosy. Tekstów odstających formą i stylem od boomowych wymagań wydawnictwa po prostu nie przyjmowały do druku. Wobec tak potężnych symbolicznie postaci jak wymienieni autorzy i rozpoznawalności ich stylu, trudno jest się buntować i trudno przebić z własnym, odmiennym literacko głosem, aby udowodnić, że Ameryka Łacińska to nie tylko Macondo. Stąd też ironiczna nazwa grupy literackiej McOndo, nadana przez młodych pisarzy LatAmu. Grupa powstała pod koniec lat 90., a jej nazwa nawiązuje z jednej strony do miasteczka z powieści Garcíi Márqueza, z drugiej zaś do zakorzenienia nowego pokolenia w kulturze masowej i kapitalizmie.

Istnieje za to w literaturze boomowej pewna zwracająca uwagę pustka, która z perspektywy dzisiejszej krytyki literackiej woła o pomstę do nieba. Chodzi oczywiście o autorki latynoamerykańskie, które pisały i publikowały w tym samym czasie co obsypani nagrodami i osławieni pisarze, a o które rynek wydawniczy się nie upomniał. Aż do teraz. Rosario Castellanos, Elena Garro, Sara Gallardo, Cristina Peri Rossi, María Luisa Bombal, Beatriz Guido i wiele innych autorek, które można, mniej lub bardziej, zaliczyć do nurtu nowej powieści hispanoamerykańskiej (z punktu widzenia literaturoznawczego boom jest jedynie nazwą oddającą fenomen rynkowy, podczas gdy nowa powieść hispanoamerykańska odnosi się do nurtu literackiego). Dziś, w ramach czwartej fali feminizmu (lub też tsunami, jak woli nazywać wejście w nowy etap feministycznego aktywizmu krytyka literacka) autorki te są odkrywane na nowo, komentowane i przywracane czytelnikom. Dzieje się to także za sprawą współczesnej literatury LatAmu, w której silną dominantą jest głos kobiet. Jeśli zgodzimy się mówić o nagłym wzroście popularności współczesnych pisarek jako o nowym boomie latynoamerykańskim, to mamy do czynienia z przeciwstawieniem się dotychczasowej zmaskulinizowanej retoryce rynkowej zarówno poprzez odtwarzanie genealogicznych więzi literackich z autorkami zapomnianymi przez tradycyjny boom, jak i walkę o to, by głosy kobiet wykluczonych i zmarginalizowanych zostały wreszcie usłyszane. No i w końcu wpływa to również na wizję samej Ameryki Łacińskiej: latynoskie kobiety emanujące erotyzmem, kryjące się tajemniczo za wielkim liściem paproci w dusznej dżungli, ustępują miejsca nowoczesnym dziewczynom z wielkich miast jak Buenos Aires czy Lima. To właśnie one wychodzą na ulice w znoszonych trampkach, powiewają zielonymi i fioletowymi chustami, domagają się legalnej i bezpiecznej aborcji, albo niosą kartony ze zdjęciami koleżanek i sióstr zamordowanych przez swoich partnerów, żądając by pamięć o nich nie zginęła.

Współczesna literatura idzie ramię w ramię z aktywizmem, nie daje się zaszufladkować, nie poddaje się łatwym kategoryzacjom oraz wymaga od czytelnika i czytelniczki innego rodzaju zaangażowania niż klasyki boomu – uwrażliwionego spojrzenia na przemiany zachodzące we współczesnym świecie. Nie odrzucając w zupełności poetyckich dóbr płynących z literatury boomowej, należałoby jednak uświadomić sobie, że tradycje z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku nie mogą już stanowić podstawowego punktu odniesienia kulturowego, a z pewnością nie mogą być fundamentem współczesnego obrazu Ameryki Łacińskiej. Odsuwając więc pełnym szacunku gestem na bok realizm magiczny, poszukiwanie Magi czy szelmostwa niegrzecznych dziewczynek, dajmy się porwać nowej energii płynącej z roztańczonych cumbią ulic wielkich latynoskich miast, która prowadzi nas ku zupełnie nowej wizji tego kontynentu.